Producenci
Promocje
GALERIA SZEPTÓW
GALERIA SZEPTÓW
29,90 zł 24,90 zł
szt.
CHARYZMATYK
CHARYZMATYK
39,90 zł 33,00 zł
szt.
TRZY DNI CIEMNOŚCI
TRZY DNI CIEMNOŚCI
19,90 zł 17,90 zł
szt.
FRAGMENTY

Wybrane fragmenty" Charyzmatyka":

Fragment 1.

– W końcu jeden z tych AA nie wytrzymał. Wstaje i przerywa mu, to było już na grupce, nie podczas mszy i mówi: „Proszę księdza, ale przecież Jezus, jego pierwszy cud, to było jak zamienił wodę w wi-no… w Kanie Galilejskiej, tak? No to jak to jest? Można pić czy nie?” Pyta go tak, wiesz? A ten wikary chwilę się zastanawia i odpowiada: „No i właśnie, i tu trzeba by się zastanowić, czy Jezus się nie zagalopował, nie zapomniał”. – Ksiądz Andrzej eksploduje nagle swoim tubalnym śmiechem. Paweł przez chwilę robi minę będącą mie-szanką niedowierzania i zaskoczenia, po czym wtóruje księdzu śmiechem w tempie allegro, przechodzącym za chwilę w presto, i zrównując się w końcu swoim metrum z  księdzem. Kuchnia drży od ich potężnych głosów.

– Ale, nie? Poważnie? – pyta Paweł, jakby nie był w  stanie tego ogarnąć zmysłami.

Ksiądz wali pięścią w stół. Pohamowuje na chwilę swój śmiech i próbuje wyjaśnić:

– Poważnie! Rozumiesz? Jezus się zapominał. – Obaj pieją ze śmiechu. – Najpierw myślałem, że on żartuje, ale nie – ciągnie dalej ksiądz Andrzej – on tak na poważnie, że trzeba by to przeanalizować, czy to było takie do końca jednak dobre. No po prostu…

– Czy Jezus się nie zagalopował – powtarza Paweł i  wprost dławi się ze śmiechu. – No cóż? Postawił się w roli Jezusa…

– No, mówię ci… po prostu… – ksiądz uspokaja się i  mówi dalej. – O! To jest to, do czego prowadzi czysto intelektualne, filozoficzne przeżywanie wiary. A gdzie tu ten emocjonalny wymiar? Gdzie ta prawdziwa więź z Bo-giem?

 Fragment 2.

Mężczyzna odwzajemnia uśmiech, kiwa głową na znak przyjętych podziękowań i ponownie zastyga w bezruchu, wpatrując się w przeciwległą ścianę. Najwyraźniej jest mocno pogrążony we własnych myślach, gdyż zupełnie nie reaguje na odgłos szurania kapciami, przechodzącego obok niego, mocno wychudzonego, młodzieńca w kracia-stej piżamie. Brak włosów na głowie chłopca jednozna-cznie uświadamia Pawłowi, który pozostał na korytarzu, że to pacjent oddziału onkologicznym.

Chłopak zatrzymuje się przy mężczyźnie kontemplu-jącym łuszczącą się na ścianie farbę i trąca go lekko w ra-mię:

 – Można przy księdzu usiąść? – pyta zmęczonym głosem.

– Jasne – przytakuje, jakby nadal nieobecny, facet w  niewidzialnej koloratce.

Paweł na dźwięk słowa „ksiądz” wyostrza, w sposób automatyczny, swój słuch i śledzi ich rozmowę.

– Ksiądz już zna wyniki? – pyta ponownie chłopak, siadając przy nim.

– Częściowo tak – odpowiada ksiądz, wciągając się w  rozmowę. – Z lekarzem już wiemy, że jest, ale nie wiemy z jakiej grupy i w jakim stopniu rozwoju – wyjaśnia, zwracając się przodem do chłopaka.

– Ksiądz się nie martwi – uśmiecha się chłopak – Niech ksiądz żyje najzwyczajniej normalnie, jak dotąd.

– Hm. – Ksiądz zamyśla się ponownie, wpadając w po-wracającą zadumę. Po chwili odzywa się:

– A czy teraz ja mogę ci zadać pytanie? – mówi, rzucając badawcze spojrzenie. Chłopak rozprostowuje po-woli nogi i wkłada ręce do kieszeni spodni. Łysy młodzie-niec przypomina bardziej cień człowieka, o niemal trupim wyglądzie skóry. Mimo iż jego zapadnięte oczy zwiastują jakieś zbliżające się nieszczęście, bije z nich niewytłu-maczalna radość. Chłopak znów się uśmiecha:

– Niech ksiądz pyta. Powiem jak na spowiedzi – śmie-je się.

Ksiądz, dość niepewnie, jakby wiedział, że o pewne rzeczy nie wypada wypytywać, mimo wszystko pyta przy-ciszonym głosem, rzucając przy tym szybkie spojrzenie na Pawła, który odwraca wzrok, udając, że nie słucha.

– Jesteś młody, bardzo młody i tak bardzo chory. Nie masz o to żalu? Żalu do Boga? Żalu do świata? Żalu do losu?

Paweł wytęża jeszcze bardziej słuch. Jest ogromnie ciekaw, co – ten gasnący w oczach – chłopak odpowie.

– Proszę księdza, mam obecnie 21 lat i choruję na raka od 16 roku życia – zaczyna opowiadać młodzieniec, jakby przygotowany na to pytanie. – I nic lepszego nie mogło mi się przytrafić… – chłopak robi krótką przerwę, by wziąć jeden głębszy oddech.

Grymas zdziwienia przebiega przez twarz księdza. Napięty policzek podnosi się na ułamek sekundy w stronę oka. Ksiądz przypatruje się baczniej chłopakowi, jakby chciał sprawdzić, czy ten młodzian nie żartuje sobie teraz z  niego.

Chłopak mówi dalej:

 – Jak miałem 14 lat, mój tata wyprowadził się do młodszej kobitki niż mama. Moje gimnazjum, szkoda gadać, myślałem, że tak mało zgranej społeczności szkolnej nie ma na świecie. A ja? Wypieszczony jedynak. Spado-chroniarz z podstawówki. Taki typowy gnojek bez ambicji, bez chęci do nauki i bez chęci do pobożnego życia.

Przez korytarz przechodzi siostra oddziałowa i zauwa-ża chłopaka.

– Marcin! – zwraca się do niego. – Czy ty nie powinieneś być już u siebie w pokoju?

Chłopak posyła jej piękny uśmiech, w którym ukazują się białe, zdrowe zęby.

– Proszę… minutkę… Mamy coś z księdzem jeszcze do przegadania.

– A! Dobrze, przepraszam. Szczęść Boże.

– Szczęść Boże – odpowiada ksiądz.

– Nie zauważyłam – mityguje się siostra i odchodzi.

Chłopak dalej snuje swą niedokończoną opowieść:

– Na czym to ja skończyłem? Aha. No tak. Byłem bez najmniejszych ambicji. Właściwie bez chęci do normal-nego życia. Proszę mi wierzyć, księże, mimo bierzmo-wania wcale mi nie było z Panem Bogiem po drodze.

– Podejrzewam – wtrąca się ksiądz. – Żartobliwie mówicie, że to ostatnie pożegnanie z Kościołem, ale, prze-praszam, mów dalej.

– I przyszła zmiana. Kiedy zachorowałem, rodzice umówili się, że będą mnie odwiedzać w klinice naprze-miennie, to znaczy, żeby się nawet nie spotkać na szpital-nym korytarzu. Ale ekonomia wzięła górę i tata zapro-ponował, że skoro codziennie do mnie przyjeżdża, to może zabierać matkę po drodze. Po jednym z powrotów ode mnie tata, wysadzając mamę pod blokiem, zapytał, czy może wrócić. Mama zgodziła się. Dała mu drugą szansę. Wrócił i  tak już zostało.

Marcin zatrzymuje się, wzdycha ciężko i znowu się uśmiecha. Za chwilę mówi dalej:

– Po roku, wie ksiądz, urodził mi się nawet braciszek, a lekarz zgodził się na przepustkę, abym został chrzestnym. Wiem, że nie zdążę założyć własnej rodziny, ale mam już dzieciaka, jak swojego, i do tego brata! I mogę się cieszyć z  jego rozwoju, śledzić jak rośnie i jakie robi postępy. –  Marcin rozpromienia się i zatrzymuje na moment, by ponownie wziąć głębszy oddech. ­– A jestem przekonany, że jak mnie już nie będzie, to będzie komu jeździć na mojej ukochanej deskorolce… Jeździłem całkiem nieźle, całe godziny spędzałem w skatepark’u – chwali się chłopak, rozkręcając na dobre. – A rodzice? Wierzę, że na starość nie zostaną sami. – Oblicze Marcina rozjaśnia się jeszcze bardziej, a jego głos odzyskuje na moment świeżość, jakby zupełnie nie chorował. Mówi coraz szybciej. – A w gimna-zjum z powodu mojej choroby, najpierw zintegrowała się moja klasa, a wkrótce cała szkoła... Bal charytatywny, jeden, drugi... Rozgrywki sportowe... Aukcje przedmiotów i  autografów jakichś sławnych ludzi, którzy pewnie mnie nie znają... Mi już żadna kasa nie pomoże, a oni tak się rozkręcili, że chcą dalej wspólnie działać…

Ksiądz wpatruje się ciągle w Marcina i nieznacznie kręci głową.

– Proszę księdza – ciągnie dalej Marcin. – Zawsze chciałem mieć tatuaż na łydce. O tutaj! Niech ksiądz spoj-rzy jaka plecionka. – Marcin podwija nogawkę spodni. – Ale matka twierdziła, że to gadżet kryminalistów.

Ksiądz spogląda na tatuaż na łydce i z uznaniem kiwa głową.

– Fajny… Niezła dziara.

Promienny uśmiech Marcina ponownie rozświetla ciemnawy korytarz.

– Dzięki!... Gdybym nie zachorował, mógłbym ją sobie z głowy wybić młotkiem. I chyba najważniejsze: uważam, że jest ogromnym przywilejem wiedzieć, że miesiące, tygo-dnie i dni się kończą. I w pewnym momencie okazało się, że jestem taki uprzywilejowany, że już nic nie da się zrobić. Po pierwsze, swoje dni przestałem marnować na głupoty, na kłótnie, na uprzykrzanie życia innym. W miarę możli-wości naprawiłem wyrządzone szkody i napisałem kilka listów do ludzi, których skrzywdziłem, w tym do mojej wychowawczyni. – Marcin mówi coraz szybciej. Rozpędził się na dobre, jakby jechał właśnie na swojej deskorolce i  nie potrafił się zatrzymać. – Po drugie, rozdysponowałem też swoje rzeczy i nagrałem komórką kilka godzin mono-logu z myślą o moim braciszku. Jestem też przygotowany na spotkanie z Bogiem, odnowiłem życie sakramentalne, no i… jakby to powiedzieć… zaprzyjaźniłem się z Matką Bożą. – Chłopak spogląda niepewnie na księdza, czekając na jego reakcję.

Ksiądz milczy jak kamienny posąg, wpatrując się w  ścianę. Marcin opowiada dalej:

– To znaczy przez codzienny różaniec, póki sił mi starczy. – Chłopak wsuwa rękę do kieszeni piżamowych spodni i wyciąga z nich sznurek z nanizanymi na niego koralikami z drewna oliwnego. – Nigdy się z nim nie rozstaję. To mój najlepszy teraz kompan. Jest przy mnie zawsze… Proszę księdza, aż trudno w to uwierzyć, ale ten mój nowotwór przyniósł w życiu tyle dobra. Nie trzeba bać się śmierci. Trzeba bać się zmarnowania swojego życia.

Marcin kończy swoją wypowiedź lekkim kaszlem. Za-lega cisza. Patrzy na księdza i ze zdumieniem odkrywa, że ten płacze:

– Proszę księdza! Ksiądz płacze?... Przepraszam, nie chciałem…

Ksiądz kiwa przecząco głową, podnosząc dłoń.

– Nie, nie przepraszaj. Nie masz za co… To, co powie-działeś… jest bardzo mądre… Ja po prostu… Niektórzy nawet po latach kapłaństwa tego nie odkrywają…

Chłopak nic nie odpowiada, tylko mierzy wzrokiem siedzącego w oddali Pawła, któremu również szklą się oczy.

 

 Fragment 3.

 DZIEŃ 4

 SCENA 34: DOM KATARZYNY – DZIEŃ

 

Obszerna sypialnia z wysokimi oknami przysłonięty-mi grubymi, ciemnymi zasłonami. Panuje półmrok. Na środku przy ścianie stoi duże, małżeńskie łóżko z wyso-kim, drewnianym zagłówkiem i dwoma nocnymi stoliczka-mi po jego bokach. Z jednej strony łóżka stoją dwa krzesła. Naprzeciwko niego toaletka nocna z dużym lustrem i ni-skim taboretem. Na łóżku leży sparaliżowany mężczyzna. To Jan.

Do sypialni wchodzi Paweł, a wraz z nim ksiądz An-drzej.

– Co tu tak ciemno? Grobowiec jakiś? A może ktoś umarł? – Paweł podchodzi do zasłon i jednym gwał-townym, ruchem przesuwa je podśpiewując pod nosem:

– "...Blaskiem rozświetlasz ciemności, człowiek powstaje z marności, któż jest jak Ty..."

Do pokoju wpada dużo światła, ukazując sylwetkę leżącego nieruchomo mężczyzny z otwartymi oczyma.

– Nic dziwnego, że mąż się nie rusza, skoro nie widzi nawet własnego nosa – oznajmia Paweł w swoim stylu.

Ksiądz Andrzej kiwa z politowaniem na Pawła i stuka się lekko palcem w głowę.

– Ale mój mąż stracił również całkowicie wzrok – odzywa się kobiecy głos. – Katarzyna podchodzi do Jana i  czule głaszcze go po głowie.

– A!... No tak. – Paweł również podchodzi do chorego.

– Proszę siadajcie koło Janka. – Katarzyna wskazuje na dwa krzesła.

Paweł i ksiądz siadają.

– Czy pani mąż nas słyszy? – pyta ksiądz.

– Tak, słyszy. Nie widzi, ale słyszy... Janku słyszysz nas?

Jan puka wskazującym palcem dwa razy w materac.

– Tak się porozumiewamy. Jedno klik na „nie”, dwa uderzenia na „tak”– objaśnia Katarzyna.

Paweł kiwa głową z uznaniem.

– Taki trochę alfabet Morse’a.

– Powiedzmy – przytakuje Katarzyna.

Paweł spogląda uważniej na mężczyznę i próbuje się z  nim porozumieć:

– Czy chce pan, żebyśmy się nad panem pomodlili?

Jan nie zwlekając robi dwa kliki.

– Dobrze! – Paweł wyraża swój entuzjazm szerokim uśmiechem. Przesiada się z krzesła na skraj łóżka i kładzie swoją dłoń na czole Jana. Ksiądz Andrzej wstaje i rozkłada ręce i razem zaczynają się powoli modlić. Następuje modlitwa w językach. Mijają chwile. Nic się jednak szcze-gólnego nie dzieje. Nie widać żadnego przełomu. Lekko zaniepokojony Paweł odwraca się w kierunku Katarzyny, która siedzi przy toaletce. Stoi przy niej również Julia i  trzyma ją za rękę.

– Czuję, że jest jakaś blokada – oznajmia Paweł. – Nie wiem... ale czy nie korzystaliście może z jakiegoś, powiem wprost, bioenergoterapeuty?

– Tak… – odpowiada nerwowo Katarzyna. – Sko-rzystaliśmy z jednego.

Paweł uśmiecha się porozumiewawczo do księdza An-drzeja, który kiwa na potwierdzenie głową.

– Kochani. To jest przekroczenie pierwszego przyka-zania – wyjaśnia Paweł, a ksiądz Andrzej rzuca jeszcze fragmentem z Dziesięciu Przykazań:

– Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.

Katarzyna wydaje się być mocno speszona. Wierci się na taborecie i po chwili próbuje się tłumaczyć:

– Byliśmy zdesperowani. Załamałam się. Lekarze stwierdzili, że już nic nie da się zrobić. Szukałam jakiegoś wyjścia… Dobrze, opowiem o tym, jak to było.

Katarzyna rozpoczyna swoją opowieść.

 

RETROSPEKCJA

SCENA 35: DOM KATARZYNY – DZIEŃ

 

Na łóżku w pozycji półsiedzącej leży do połowy spara-liżowany Jan. Opiera się plecami o dużą poduszkę u wez-głowia. W rękach trzyma talerz zupy i próbuje nieporadnie trafić łyżką do ust. Co pewien czas rozlewa zupę na pościel.

Podchodzi do niego Katarzyna i siada na krześle sto-jącym obok jego łóżka.

– Jasieńku. Daj, pomogę ci.

Przejmuje jego talerz i łyżkę. Zaczyna go karmić.

– No… Za mamusię, za tatusia, a teraz za mnie. O! Bar-dzo ładnie – uśmiecha się do niego czule. – No widzisz, jak chcesz, to potrafisz.

Spokojny Jan nagle odtrąca rękę Katarzyny, uderzając dłonią w talerz i krzyczy:

– Kurwa!... Kurwa!

Cała zupa wylewa się na łóżko.

– Jasiu! Co ty?!

Nie chcę tak, kurwa! Nie chcę, żebyś mnie niańczyła… jak dziecko i podcierała mi jeszcze dupę! Dość tego!

– Jasiu! Daj spokój. Jestem twoją żoną.

– Nie! Powiedziałem nie i chuj! Rozumiesz?

– Przestań! Nigdy nie byłeś taki ordynarny.

– Ale teraz jestem!

W sypialni zalega cisza. Jan robi duże oczy, które zdają się prawie wypadać z oczodołów, zaciska zęby, wzdyma policzki, jego twarz czerwienieje. Widać, że walczy ze sobą. Zaczyna się trząść. Spogląda na leżący obok aparat do mie-rzenia ciśnienia. W końcu wybucha ponownie:

– No mówię ci! Spierdalaj babo!

– Jasiek! Dość!

Jan łapie za gumowy przewód od ciśnieniomierza i za-czyna nim okładać przerażoną Katarzynę.

– Daj mi w końcu spokój! Rozumiesz, kobieto?

– Przestań! Co robisz?! – Katarzyna broni się zasła-niając twarz rękoma. Cofa się, zrywając z łóżka i wpada w  płacz.

Jan krzyczy na całe gardło:

– Pierdolę to wszystko! Mówię ci… pierdolę to!

Jan błyskawicznie obwiązuje swoją szyję gumowym przewodem, zaciska go mocno, charczy, próbuje się udu-sić. Katarzyna podbiega do niego, próbuje wyrwać i rozlu-źnić przewód na jego szyi. Jan trzyma go jednak mocno w  dłoniach i coraz mocniej go na sobie zaciska. Katarzyna potrząsa Janem, szarpie go za ramiona, próbuje ze wszystkich sił ciągnąć za przewód. Padają razem na ziemię. Katarzyna przechyla się na bok przygniatając Jana, który leży teraz twarzą do podłogi. Udaje jej się w końcu wyrwać przewód. Sama nie może się jednak podnieść. Oboje ciężko dyszą. Katarzyna zanosi się płaczem. Jan zaczyna wtó-rować jej swoim:

– Widzisz… Nawet nie potrafię ze sobą skończyć – lamentuje Jan, a jego rzewny płacz jeszcze bardziej prze-szywa serce Katarzyny ostrym bólem.

 

 RETROSPEKCJA

SCENA 36: DOM KATARZYNY: KUCHNIA – DZIEŃ

 

Katarzyna siedzi zapłakana w kuchni przy stole. Głowa schowana w dłoniach, łokcie na rozłożonej na stole lokalnej gazecie. Spogląda na nagłówek: RĘCE KTÓRE LECZĄ. Na okładce widać postać bioenergoterapeuty z wa-hadełkiem.

– Dłużej tak nie mogłam. Znalazłam kontakt do uzdrowiciela. Przyszedł tu.

 

RETROSPEKCJA

SCENA 37: DOM KATARZYNY: SYPIALNIA – DZIEŃ

 

Nad leżącym Janem stoi BIOENERGOTERAPEUTA i  z zamkniętymi oczyma przesuwa nad ciałem Jana swoje dłonie, strzepując nimi co pewien czas na podłogę. W  końcu prostuje się, zaczesuje małą kępkę resztki swoich – opadających mu na łyse czoło – włosów i zwraca się do Katarzyny:

– Muszę być z państwem szczery. Niestety sprawa jest poważniejsza niż myślałem. – Terapeuta robi przerwę i  czeka na reakcję Katarzyny.

– Tak – odpowiada Katarzyna z wyczuwalnym drże-niem w głosie.

 – Moje trzecie oko, przepraszam, moja projekcja pod-świadomości – kontynuuje terapeuta – pokazała mi, że jest pani tak zwanym, proszę mi wybaczyć szczerość, ale to podstawa w moim zawodzie, posłudze, jest pani wampi-rem energetycznym.

– Proszę? – Katarzyna przymyka na moment oczy i  marszy ze zdumienia brwi.

– Tak. W pewnym sensie jesteście państwo jako mał-żeństwo niedobrani… Ha, ha! – Terapeuta wybucha wyso-kim głosem, zdradzającym pewne oznaki kobiecości. – Nie znaczy to byście się państwo od razu mieli rozstawać, broń Boże, nie!

– Ja nie wiedziałam, ja naprawdę nie wiedziałam, że... tak… – Katarzyna najwyraźniej czuje się winna i próbuje się bronić przed zarzutami pseudoterapeuty. – Naprawdę!

– To nie pani wina – uspokaja ją terapeuta. – Ma pani po prostu taką aurę…

– Aurę?

– Tak. Kokon energetyczny pani męża jest przez chorobę rozszczelniony i nieświadomie wykrada mu pani jego bioplazmę.

– Taaak? Coś takiego. Bioplaaa… – Katarzyna jest wręcz przygnieciona wywodami terapeuty.

Jan rzuca się nerwowo na łóżku i woła:

– Widzisz, babo! Wiedziałem, że tu coś cuchnie, że to twoja wina.

Terapeuta klaszcze w dłonie jak reżyser spektaklu, sta-rając się uspokoić małżonków.

– Proszę państwa! – zaczyna altem, przechodzącym prawie w mezzosopran. – Proszę się nie martwić. Napra-wimy to, ale... że tak powiem, będzie to trochę kosztowało… Ale myślę, że będzie pan chodził.

Jan patrzy na niego mętnym wzrokiem i pyta:

– Ile?

Terapeuta rozgląda się wokoło wodząc przez chwilę wzrokiem po półkach w pokoju, jakby szukał usprawie-dliwienia dla sumy, którą za chwilę wypowie. Niestety w  zasięgu wzroku nie trafia na żaden przedmiot, który wskazywałby na wyjątkową zamożność mieszkańców.

– Dwa tysiące… – odpowiada terapeuta prawie sopra-nem.

– Dwaaaaaa... – Jan nie jest w stanie powtórzyć tej sumy. Jego smętny wzrok przekształca się we wrogie spoj-rzenie.

Terapeuta kończy skanowanie terenu swoimi bystry-mi, szklanymi oczami rzucając ostateczną cenę:

– Dwa tysiące dziewięćset, ale to za każdy seans oso-bno. Myślę, że trzy, powiedzmy cztery, seanse wystarczą.

Jan krztusi się z wrażenia. Załamana Katarzyna wyja-śnia:

– Nie mamy tyle.

– No cóż – odpowiada rozczarowany terapeuta i roz-kładając bezradnie ręce, podchodzi do stolika i zamyka swoją torbę z tajemniczymi przedmiotami. Na chwilę za-styga w bezruchu, po czym odwraca się do Katarzyny i  mówi:

– Dobrze. Dla państwa niech będzie równe dwa ty-siące za seans. Ale i tak nie mam przy sobie kamertonów, ani Izo-Ozyrysa, to znaczy wahadełka. Wrócę, jak będą Państwo mieli już gotówkę, dobrze?

– Dobrze, coś wymyślimy, dobrze – odpowiada Kata-rzyna, nie czekając na zgodę męża.

 

Co miałam robić? Wzięłam szybką pożyczkę z ban-ku i przyjechał ponownie, tym razem już z walizką pełną jakiegoś żelastwa.

 

W sypialni na łóżku leży – rozpostarty na brzuchu i bez górnej części piżamy – wychudzony Jan. Obok łóżka otwarta, czarna walizka z  poukładanymi na niej stalowymi kamertonami o różnej długości. Bioenergoterapeuta wo-dzi swoim Izo-Ozyrysem, wahadełkiem na rzemyku, wzdłuż kręgosłupa Jana. Wahadełko coraz szybciej i mo-cniej wiruje. Terapeuta informuje:

– Teraz sprawdzam stan energetyczny czakr kręgo-słupa… O! Widzi pani, jak samo wiruje w lewo? To oznacza ekstremalne osłabienie. Skoryguję teraz prawidłową pracę tej czakry. Zabrała mu pani duuuużo energii!

Odkłada wahadełko Izis i sięga do walizki po dwa krótkie mosiężne kamertony.

– Teraz oczyszczę i odenergetyzuję go kamertonami Energia Jeden.

Uderza nimi o siebie dwa razy i zbliża ich końcówki do kręgosłupa. Uderza i znów zbliża, i tak trzy razy. Odkłada je i sięga po długi kamerton oznajmiając na głos:

– OT64. – Drugą ręką, dwoma palcami trzyma kręgo-słup Jana. – Teraz uaktywnię kamerton OT32. Po cztery uaktywnienia. Dotyka kamertonem raz z jednej, raz z dru-giej strony kręgów, a następnie uderza nim o bok łóżka i  znów przykłada do kręgosłupa.

Katarzyna stoi u nóg Jana ze złożonymi na piersi dłońmi – jakby w geście modlitwy – oczekując na upragniony moment. Terapeuta czuje się jak ryba w wo-dzie: jest w  swoim żywiole.

– I zmieniamy na kamerton zdrowia kości 418,3 her-ców. Uwaga… Uaktywniam go. – Uderza kamertonem o  drugi kamerton. Kamerton drga, a terapeuta przesuwa nim kilka razy wzdłuż kręgosłupa . – A na koniec zastosuję wahadło wibracji kości.... Polecenie mentalne…

Bioenergoterapeuta staje prosto i z zamkniętymi ocza-mi wydaje sobie komendę:

– Przekaż substancje energetyczne zdrowia kości… te-raz!

Drewniane wahadło, jak za dotknięciem czarodziej-skiej różdżki, zaczyna wirować. Terapeuta przesuwa nim wzdłuż kręgosłupa. Wahadło po chwili zatrzymuje się.

– O! Samo się zatrzymało po nasączeniu substancjami zdrowotnymi. Widzi pani? – zwraca się do zdumionej Katarzyny.

– Aha…

– Dobrze. To by było na tyle. – Bioenergoterapeuta kończy seans i powoli pakuje wszystkie instrumenty do walizki. Dostrzega leżący na stole zwój banknotów, przygo-towany wcześniej przez Katarzynę. Sięga po niego i wrzuca również do walizki, w ogóle go nie przeliczając.

W tym momencie Jan nagle i o własnych siłach pod-kurcza nogi i próbuje siąść. O dziwo, udaje mu się.

Katarzyna wprost eksploduje radością:

– Boże! Jasiu... Ty siedzisz!

Jan śmieje się. Katarzyna jest w siódmym niebie. Pa-trzy wymownie na bioenergoterapeutę i rzuca mu się na szyję mocno obejmując i całując w oba policzki.

– Nie, nie trzeba – broni się terapeuta.

Katarzyna po chwili ulega jego prośbom, trzyma go je-dnak za ręce i patrzy mu prosto w oczy.

– Jak my się panu odwdzięczymy? Boże! Wie pan co? Niech będzie… niech pan bierze wszystko!

Kobieta puszcza go na moment, podbiega do szafki i  wyjmuje kolejny, kilkukrotnie grubszy zwój pieniędzy. Wraca i wręcza go zaskoczonemu mężczyźnie mówiąc:

– Proszę, wziąć!

Terapeuta – ku uciesze Katarzyny – nie oponuje, chowa zwój do kieszeni, odwraca się i kieruje do wyjścia. Katarzyna wprost promienieje szczęściem.

– Muszę o tym powiedzieć naszemu księdzu. Ucieszy się – woła w kierunku odchodzącego.

Terapeuta krzywi się, kręci przecząco głową:

– Lepiej nie. Czarni i tak nie zrozumieją.

– Nie?

Katarzyna odprowadza wzrokiem cudotwórcę dobro-dzieja do korytarza.

– Nie… lepiej nie – odpowiada pośpiesznie terapeuta i znika za drzwiami.

Uradowana Katarzyna  woła za nim:

– Boże, dziękuję panu!

– Jankowi poprawiło się, ale tylko na chwilę. Wieczo-rem paraliż wrócił i objął nawet ręce.

Jan leży, nie może się nawet ruszyć. Ręce bezwładne, nieruchomo wzdłuż ciała. Podnosi jedynie głowę i krzyczy:

– Kaśka! Patrz! Znowu to samo.

Katarzyna przybiega do niego z kuchni. Jan z przera-żeniem oznajmia jej jednym tchem:

– Patrz! Skurwysyn nas oszukał! Nie wybaczę mu tego. Zajebję go, dosłownie go, zajeeeeee...

Jan nie może wymówić ostatniej sylaby. Zaczyna się dusić. Katarzyna w popłochu nie wie co robić. 

– W momencie gdy Janek go przeklął, stracił nawet mowę i wzrok. Został warzywem.

 

DZIEN 4 – TERAŻNIEJSZOŚĆ

SCENA 38: DOM KATARZYNY: SYPIALNIA – DZIEŃ

 

– No to musimy nad Jasiem w takim razie mocniej popracować – śmieje się Paweł.

Ksiądz Andrzej pochyla się nad chorym.

– Czy żałujesz i przepraszasz Boga za to, że odwróciłeś się od Niego?

Dwa szybkie kliknięcia palcem oznaczają, że Jan się zgadza.

– Dobrze. A czy mógłbyś w swoim sercu przebaczyć temu bioenergoterapeucie albo – jak wolisz – temu oszustowi?

Brak reakcji ze strony Jana zapowiada dłuższe posie-dzenie. Jan myśli, ale jego nieruchome źrenice nie zdra-dzają jakiejkolwiek chęci udzielenia odpowiedzi. W końcu wszyscy dostrzegają jedno kliknięcie na „Nie”!

– No, przyjacielu! – włącza się Paweł. Jeśli chcesz przyjąć Boże Miłosierdzie, to musisz pozbyć się tego guza na duszy, tej nienawiści, która cię niszczy. To co, sze-fuńciu? Damy radę?

Wciąż widzą tylko jedno skinienie palcem na „Nie”!

Paweł nie daje jednak za wygraną. Pochyla się nad gło-wą Jana i zbliża swoją twarz do jego ucha.

– Bracie! Szczerze mówiąc, to nie wyglądasz najlepiej. Jak będziesz taki uparty, to kto wie, czy nie trafisz ostate-cznie tam, gdzie jest bardzo gorąco...

Mijają minuty. Jan już w ogóle nie reaguje. Ciszę prze-rywa płacz Katarzyny.

Wzruszony ksiądz Andrzej delikatnym głosem włącza się w „pertraktacje”:

– Kochany… zrób to przynajmniej dla niej, dla siebie również, i owszem… Popatrz, jak twoja żona teraz też cierpi… Pamiętasz? Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcą…

Po tych słowach Paweł znów przejmuje inicjatywę w  niecodziennych negocjacjach:

– Przyjacielu – mówi stanowczym głosem. – Nie musisz od razu kochać tego człowieka. Wystarczy jedynie, że powiesz: Przebaczam ci... inaczej… – Paweł zawiesza głos. – Wypowiedz te słowa w duchu, a my sami będziemy się za ciebie modlić na głos. Okej?... No! Raz, dwa, jak-byśmy mieli skoczyć nad przepaścią… iiii… hop!

W końcu widzimy upragnione dwa kliknięcia Jana na: „Tak”. Paweł i reszta uśmiechają się. Katarzyna jeszcze głośniej płacze, ale tym razem już z radości. Paweł na głos wypowiada słowa modlitwy w imieniu Jana:

– Wszechmogący Boże przepraszam Cię za mój ciężki grzech bałwochwalstwa, przepraszam za zło, które mną zawładnęło… Przebacz mi, jak i ja przebaczam temu, któremu bardziej zaufałem niż Tobie. Miłosierny Panie, uwolnij naszego brata Jana od tej choroby… Dziękujemy Ci, Panie.

Wszyscy powtarzają za Pawłem:

– Dziękujemy Ci.

– Tak. Dziękujemy Ci, Panie. W imię Ojca i Syna i Du-cha Świętego Amen.

Ksiądz Andrzej czyni znak krzyża nad Janem, który jak na zawołanie, gwałtownie podnosi się z łóżka i siada na je-go krawędzi obok Pawła.

– Muszę skorzystać z łazienki. Przepraszam – oznaj-mia aktorsko, jakby brał udział w jakiejś tragikomedii.

Wychodzi z sypialni, jak gdyby zupełnie nic się nie stało. Wszyscy spoglądają po sobie. Julia i Katarzyna płaczą.

– Chwała Tobie Panie! – Ksiądz wypowiada z wdzię-cznością i z uwielbieniem te trzy słowa.

– Chwała Tobie Panie – powtarza za nim Paweł.

 

Drogi Czytelniku!

Jeśli spodobał Ci się ten tekst, będzie mi niezmiernie miło gościć w Twym domu na półce, nawet jeśliby kurz przykrył mnie na dobre.  Bartosz Geisler 

 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl